PIOTR WOJCIECHOWSKI COLLECTION - kilka pytań i odpowiedzi :)
bastard — wt., 2010-08-31 21:48
OBIECANY WYWIAD Z PIOTREM WOJCIECHOWSKIM KOLEKCJONEREM . JEGO WYSTAWA MIAŁA PREMIERĘ NA KONWENCJI W GDAŃSKU . PIOTR ZGROMADZIŁ MNÓSTWO CIEKAWYCH EKSPONATÓW ZWIĄZANYCH Z TATUAŻEM. I ŚRODOWISKIEM TATUATORSKIM. WARTO BYŁO ZOBACZYĆ KAWAŁEK HISTORII ,KTÓREJ NIE MA I PEWNIE NIE BĘDZIE W PODRĘCZNIKACH ,A DZIĘKI TAKIM ZAPALEŃCOM JEST DOSTĘPNA DLA NAS I NIEDŁUGO ( MAMY TAKĄ NADZIEJĘ ,ŻE SPAŁNIĄ SIĘ WSZYSTKIE PLANY WYSTAWOWE ) DLA SZERSZEJ PUBLICZNOŚCI. JAK DOSZŁO DO "POPEŁNIENIA" KOLEKCJI I WYSTAWY MOŻECIE JUŻ PRZECZYTAĆ ...
JAK SIĘ ZRODZIŁ POMYSŁ I SKĄD PASJA, ŻEBY KOLEKCJONOWAĆ RZECZY ZWIĄZANE Z TATUAŻEM?
Skoro ogólnie mam fioła na punkcie historii i zajmuję się tatuażem zawodowo, to
łatwo jest mi połączyć obie te pasje. To tu należy się dopatrywać początków. Od kiedy zacząłem wydawać magazyn TATUAŻ – CIAŁO I SZTUKA, to moje przełożenie na różne środowiska tatuatorskie oraz historię tatuażu stało się bardziej bezpośrednie. Dużo jeździłem po różnych wystawach, konwencjach, po galeriach i muzeach. Nieraz trafiałem na interesujące ekspozycje związane z historią tatuażu. Poznałem też osobiście wielu kolekcjonerów, np. Lyle’a Tuttle czy Chucka Eldridge. Jednak to moje własne historyczne zainteresowania zaważyły nad tym, że w śledzeniu rozwoju zawodu, jaki wykonuje, odnalazłem kolejną pasję. To bardzo proste - trudno by mi było nie kolekcjonować mając takiego fioła na punkcie historii, jakiego mam. A mam kompletnego świra, bo więcej oglądam kronik niż filmów współczesnych, więcej mnie obchodzi to, co było, niż to, co będzie. Generalnie z tego co było uczę się tego co będzie. Tylko w ten sposób można w życiu pewne rzeczy przewidzieć. W zasadzie zawsze jest tak, że współczesność wynika z historii, zawsze w historii społeczeństw i w historii kultury chodzi o to samo, wciąż zachodzą te same scenariusze, wciąż pojawiaja się te same motywy i podobne wartości.
CO JEST W TWOJEJ KOLEKCJI? CZY ZBIERASZ WSZYSTKO JAK LECI, CZY TYLKO NA PRZYKŁAD STARE FLASHE I MASZYNY?
Jest wielu kolekcjonerów, którzy mają ukierunkowane podejście do tematu.
Większość z nich zbiera rzeczy związane z historią tatuażu zachodniego, czyli właśnie flashe i stare maszynki, mniej lub bardziej zahaczając o historię freakshow i cyrków objazdowych, zwyczaje marynarzy, żołnierzy czy więźniów zakładów karnych z poprzednich epok. To takich kolekcjonerów jest najwięcej .
Mnie z kolei interesuje wszystko, cała wielopłaszczyznowość historii oraz zjawiska. Tyle samo interesuje mnie tatuaż etniczny z każdej szerokości geograficznej, co tatuaż zachodni. Jeżeli mam okazję kupić coś ciekawego, to nigdy takiej okazji nie marnuję. Nie interesuje mnie skąd to jest, bo i tak chciałbym mieć u siebie wszystko, i to z zewsząd, z każdej szerokości geograficznej, każdej charakterystycznej epoki, każdego interesującego epizodu w historii tatuażu. Chciałbym, żeby to wszystko było u mnie widać, żeby wszystko było obecne w mojej kolekcji.
POWIEDZ MI JESZCZE, JAKIE MASZ CHARAKTERYSTYCZNE EKSPONATY, CZY MASZ DO NICH SENTYMENT – MOŻE PIERWSZY EKSPONAT, KTÓRY SIĘ U CIEBIE POJAWIŁ?
Pierwszy przedmiot kupiłem chyba w 2002 r. (czyli mniej więcej kolekcjonuję 8 lat). Był to tradycyjny zestaw do tatuowania z Birmy. Łyknąłem go na allegro, bo znajomy dał mi cynka, że jest coś ciekawego i może by mnie to zainteresowało. I trafił, bo wcześniej myślałem już o tym i byłem na paru wystawach, gdzie tatuaż był pokazywany od strony historycznej. Czułem, że fajnie byłoby coś takiego zacząć, choć jeszcze nie miałem ani znajomości w środowisku kolekcjonerów, ani odłożonych pieniędzy. A to wszystko kosztuje, i to słono...
Kupiłem więc ten zestaw z Birmy - drewniane pudełko, w środku pięknie oprawiona
książeczka z motywami religijnymi, igła z brązu składana z trzech części, zwieńczona ładną rzeźbioną rękojeścią. Samo pudełko również zdobione ładnymi ornamentami. Wszystko prezentowało się bardzo interesująco, posiadało pewien majestat ręcznej techniki tatuowania, nawet pomimo tego, że był to zestaw współczesny. Przecież to doskonały dowód na to, że tradycja jest nieśmiertelna. Tam nadal wykonuje się takie zestawy ręcznie, tradycyjny tatuaż wciąż funkcjonuje i wykonuje się go za pomoca tych samych narzędzi, jak przed wiekami. Motywy wciąż punktuje się igłami z brązu, z kości, drewna czy innych materiałów, i jak gdyby przez to udzielił mi sie klimat tradycji i poczułem ducha etnicznego tatuażu i różnych metod jego wykonywania.
Potem posypały się następne okazy. W 2003 r. zacząłem wyjeżdżać do Stanów na krótsze i dłuższe okresy, a kiedy założyłem tam rodzinę, zostałem tam praktycznie na stałe. Generalnie Stany umożliwiły mi nawiązanie kontaktu z różnymi kolekcjonerami, zacząłem się od nich uczyć, czerpałem wiedzę, inspiracje, i przy okazji robiłem z niektórymi wywiady do gazety. Szukałem też możliwości zakupu różnych rzeczy. Stany, ze względu na etniczny koloryt i różnorodność kultur, ras, narodowości i religii, dają duże możliwości. Bezpośredni dostęp do ludzi pochodzących z rożnych szerokości geograficznych, z różnych zakątków świata bardzo pomaga w zdobywaniu kontaktów i coraz to nowych eksponatów. Poza tym istnieje też potęga internetu, gdy się jest np. w posiadaniu odpowiedniego kapitału, to taką kolekcję można w miarę szybko zebrać za pośrednictwem eBay. Niestety na eBay ceny są totalnie wyśrubowane. Ja mam już za sobą okres eBayowy, prawie 2 lata siedziałem i "trwoniłem majątek" na różnego rodzaju aukcjach internetowych. Choć internet jest fajnym i bardzo cennym źródłem dla kolekcji, to jednak więcej satysfakcji daje mi jak gdyby fizyczne wyszukiwanie, szperanie i znajdywanie nowych eksponatów. Targi staroci, wyprzedaże i bezpośrednie kontakty dają zupełnie innego „kopa”.
ILE EKSPONATÓW LICZY TWOJA KOLEKCJA?
Mam problem, by precyzyjnie to określić, bo jeszcze wszystkiego nie zarchiwizowałem. Czasami w krótkim okresie czasu przybywa sporo przedmiotów, wtedy nie nadążam. Samo katalogowanie bywa uciążliwe, bo są to rzeczy stare, z racji wieku delikatne. Dla przykładu zarchiwizowanie książek zawierających interesujące mnie ilustracje, ich otwarcie, zeskanowanie bądź sfotografowanie grozi pęknięciem grzbietu, bo mają np. dwieście lat. Ciężko jest mi też odnieść się do wielu eksponatów. Znalezienie źródła ich pochodzenia czasem jest niemożliwe. Ryciny, ilustracje często pochodzą z kompletnie zniszczonych publikacji, z których zachowały sie tylko pojedyncze strony. Skatalogowanie jest pełne, jeśli obrazek jest opisany, wiadome jest źródło oraz czas powstania. Nieraz udaje mi się kupić ciekawe ilustracje, flashe, których pochodzenia nie znam i nie wiadomo kto był ich autorem. One nie zawsze były podpisywane i trudno już teraz ustalić źródło, mogę dociec z jakiego okresu są, ale może już nigdy nie poznam autora. Tak samo z modelami maszynek czy narzędziami prymitywnymi, przy których trudno dociec czy napewno służyły do tatuowania. Pod koniec XIX i na początku XX w. istniało mnóstwo nakręcanych na sprężynę rylców co do których istnieje przypuszczenie, że mogły służyć do tatuowania, ale pewności nie ma. Jednak pewne jest, że do
tatuowania służyło elektryczne pióro Edisona, opatentowane w 1876 r., bo było idealnie przystosowane, więc być może i inne nie związane bezpośrednio z tatuażem przedmioty mogły służyć do tatuowania. Czasem udaje mi się znaleźć w jakimś artykule o tatuażu z końca XIX w. zdjęcie gościa, który tatuuje i widać czym to robi. Czasem przedmiot jest jakiś dziwny i jeśli nie wiem co to jest, to piszę e-maila do mojego życiowego mentora Lyle’a Tuttle i jeśli on coś wie na jego temat, to mi odpowiada. On akurat jest takim człowiekiem, który lubi dzielić się swoją wiedzą oraz pomagać innym kolekcjonerom, zwłaszcza tym młodszym i mniej doświadczonym, czyli takim jak ja. Lyle Tuttle kolekcjonuje już ponad 50 lat, ma chyba najciekawsze zbiory na świecie, posiada ogromną wiedzę i jest dla mnie absolutną wyrocznią. Jednak pomimo pomocy takich fachowców jak on, nadal ciężko mi zrobić kompletny katalog.
Ile ich mam?
Staram się mieć wszystkiego po trochu, i drzeworytów japońskich i starych publikacji, książek i artykułów prasowych, maszynek elektrycznych i ręcznych przyrządów do tatuowania. To kwestia kilkuset eksponatów. Jeszcze ich dokłanie nie policzyłem i nie ponumerowałem. Ale niechybnie kiedyś to zrobię.
JAK OCENIASZ ZAINERESOWANIE TAKĄ WYSTAWĄ?
To było ciekawe doświadczenie, zrobiłem ją na konwencji, żeby uczcić 10-lecie mojego magazynu oraz wysondować wrażenie, jakie odniesie, zobaczyć czy sam świat tatuażu zainteresowany jest swoją historią. Konwencja to najlepsza sonda
tatuatorskiego światka, na konwencję przyjeżdżają ludzie związani z biznesem, sceną i sztuką tatuażu, to jak gdyby najlepszy próbnik tego, co się w świecie tatuażu dzieje. Przyznam, że było dobrze. W Gdańsku było tak, że jak coś się działo na scenie, to ludzie szli pod scenę, a jak nic się nie działo, to przychodzili patrzeć co tam u mnie wisi w antyramach i leży w gablotach. Zadawali pytania, pytali nawet czy mogą dotknąć, bo nieprędko będą mieli podobną okazję żeby to zrobić, pytali, czy mogą zrobić sobie zdjęcie przy tym czy przy tamtym. Było tam u mnie też trochę przyciągających jak magnes nazwisk, typu Norman Rockwell, Sailor Jerry czy Robert Hernandez. Było naprawdę wiele nazwisk, które wyryły swoje piętno na historii tatuażu i miały przeogromny wpływ na rozwój światowej sceny. Zauważyłem, że nie jesteśmy tacy głupi jeśli chodzi o historię, chociaż wiele rzeczy nie jest tutaj znanych tak, jak na zachodzie. Tam pewne nazwiska są bardziej popularne, ludzie pędzą żeby coś zobaczyć, jeżeli im podasz, że w kolekcji masz coś od Dona Eda Hardy’ego, wspomnianego już Sailora Jerry, Miltona Zeis czy Percy Watersa. Wtedy sukces i zainteresowanie jest gwarantowane. Są to klasycy maszynki, klasycy flesha, tatuażu tradycyjnego. W Polsce trzeba dopiero to rozreklamować, rozpromować, sprzedać, co staram się robić poprzez gazetę, publikację kalendarzy, czy nawet książkę Jelskiego, którą zilustrowała również moja kolekcja. Jakiś początek został poczyniony i robienie wystaw jest naturalną tego konsekwencją.
SKĄD POMYSŁ, ŻEBY WŁAŚNIE NA KONWENCJI W GDAŃSKU ZROBIĆ TAKĄ WYSTAWĘ ?
No właśnie, to że w Gdańsku jak gdyby wyszło z okazji naszego 10-lecia, bo TATUAŻ doczekał się właśnie w tym roku swojego jubileuszu. W związku z tym chcieliśmy zrobić wystawę, koniecznie mojej kolekcji, bo już na tyle urosła, że mogę się nią chwalić i z dumą pokazywać. Potrzebowałem miejsca, które by uszlachetniało i 10-lecie i samą wystawę - naturalnym miejscem była konwencja. Jako że moje relacje z różnymi środowiskami, konwencjami tatuażu są jakie są, to mogłem wybierać tylko wśród tych, którzy są mi życzliwi bądź interesują się tym, co robię. Konieczni byli tacy organizatorzy, którzy by wykazywali takie zainteresowanie, niekoniecznie muszący interesować się tematem historii, ale mający przynajmniej szacunek dla niej. Ludzie z Gdańska akurat spełniali wszystkie wymogi. Gdybym miał wybierać miasto, to Gdańsk w aktualnych warunkach był bezkonkurencyjny. Poza tym sam środek wakacji, pełno turystów i mnóstwo atrakcji towarzyszących. Sama konwencja w roku poprzednim również zebrała dobrą prasę, byli na niej moi ludzie z gazety i wynieśli bardzo dobre wrażenia. Uważam, że był to trafny wybór i jestem z niego zadowolony. Po wystawie posypały się oferty z galerii i muzeów z kilku miast Polski i myślę, że niebawem zaatakujemy z wystawą przestrzenie muzeów i galerii kilku większych miast.
A SAMĄ KONWENCJĘ W GDAŃSKU I JEJ ORGANIZATORÓW JAK OCENIASZ?
Bardzo pozytywnie i dziękuję chłopakom, że zapalili się pomysłem, że wyszli mi
naprzeciw i zagwarantowali całą oprawę, załatwili wszystko, co trzeba było załatwić i pomogli we wszystkim, w czym trzeba było pomóc. Stanęli na wysokości zadania i nie można im nic zarzucić. Przy okazji chciałbym gorąco podziękować Tomaszowi Madejowi z Muzeum Azji i Pacyfiku, który został oddelegowany do pomocy przez dyrekcję muzeum i włożył wiele trudu, ażeby wszystko wyglądało dobrze. On i kilka zaprzyjaźnionych ze studiem Pandemonium osób odwaliło kawał dobrej roboty przy oprawianiu prac i ich mozolnym wieszaniu. Bez nich sam sobie bym nie poradził.
Na koniec dodam, że na zachodzie jest dużo takich konwencji, na których pokazuje się eksponaty związane z historią tatuażu. Widziałem już takie imprezy w Saint Louis, w Filadelfii, świetną ekspozycję historyczną pokazuje się też co roku w Lonynie. W Stanach kolekcjonerzy często jeżdżą po konwencjach i na swych boksach pokazują swe eksponaty, np. robi tak Mark Skiver z muzeum tatuażu z Pesylwanii, podobnie Chuck Eldridge z Tattoo Archive czy Rich z Bicknee Tattoo. Dlatego wiedziałem, że to wypali i cieszę się, że mogłem zapoczątkować coś takiego w Polsce.
DZIĘKUJEMY ZA ROZMOWĘ.
Ja również!
- Zaloguj się lub utwórz konto, by odpowiadać


